1. Poczucie absurdalności może porazić byle jakiego człowieka na zakręcie byle jakiej ulicy.
2. Metody bowiem implikują jakąś metafizykę, bezwiednie zdradzają wnioski, jeszcze na razie nie znane.
3. Znużenie jest u końca czynów machinalnego życia, ale inauguruje zarazem ruch świadomości. Budzi ją i prowokuje ciąg dalszy.
4. Nadchodzi jednak taki dzień, kiedy człowiek konstatuje albo mówi, że ma trzydzieści lat. Potwierdza w ten sposób swoją młodość. Ale jednocześnie sytuuje się w stosunku do czasu. Zajmuje w nim miejsce. Orzeka, że jest w pewnym punkcie krzywej, którą ma do przebycia. Należy do czasu i po przerażeniu, które go ogarnia, rozpoznaje w nim swego najgorszego wroga. Jutro, pragnął jutra, kiedy cała jego istota powinna była nie chcieć. Ten bunt ciała to absurd.
5. Nie można jednak nadziwić się temu, że wszyscy żyją, jakby nikt „nie wiedział”. To dlatego, że nie istnieje doświadczenie śmierci.
6. melancholijna konwencja
7. Ta nostalgia jedności, ten głód absolutu ukazuje tendencję zasadniczą dla dramatu ludzkiego.
8. „Poznaj samego siebie” Sokratesa ma tyleż wartości co „bądź cnotliwy” naszych spowiedników. Są to objawienia nostalgii i niewiedzy jednocześnie: jałowe igraszki na wielkie tematy.
9. śmiertelna gra pozorów wg Jaspera
10. Ale ci ludzie głoszą bez wytchnienia, że nic nie jest jasne, że wszystko jest chaosem, że człowiek rozporządza jedynie swoją jasnością widzenia, a poznać dokładnie może tylko mury, które go otaczają.
11. Życie pod tym dusznym niebem żąda odejścia albo pozostania. Rzecz w tym, by wiedzieć, w jaki sposób odchodzi się w pierwszym wypadku i dlaczego pozostaje się w drugim.
12. Absurd jest przede wszystkim rozdźwiękiem. Ani to pierwszy, ani to drugi z porównywanych elementów. Rodzi się z ich konfrontacji. Jeśli więc chodzi o płaszczyznę inteligencji, mogę powiedzieć, że absurd nie jest w człowieku ani w świecie, ale w ich wspólnej obecności.
13. Szukanie prawdy to nie szukanie tego, co upragnione. Jeśli po to, by wymknąć się przerażonemu pytaniu: „Czym byłoby życie?”, trzeba jak osioł karmić się różami złudzeń, umysł absurdalny raczej niż na kłamstwo zgodzi się bez drżenia na odpowiedź Kierkegaarda: „rozpaczą”. W końcu dusza zdecydowana na wszystko zawsze da sobie z nią radę
14. Miejsce geometryczne, gdzie rozum boski uprawomocnia mój własny, na zawsze pozostanie dla mnie niepojęte.
15. Wiedzieć, czy człowiek jest wolny, to wiedzieć, czy może mieć pana.
16. Absurd objaśnia mnie tutaj: nie ma jutra. Oto przyczyna mojej głębokiej wolności.
17. „Widowisko, powiada Hamlet, będzie pułapką, w którą pochwycę sumienie króla”. „Pochwycę” to dobrze powiedziane. Świadomość bowiem mknie albo się skrywa. Trzeba ją pochwycić w locie, w tej niewymiernej chwili, kiedy rzuca na siebie przelotne spojrzenie. Człowiek przeciętny nie lubi się zatrzymywać. Przeciwnie, wszystko skłania go do pośpiechu. Ale zarazem nic go bardziej nie interesuje niż on sam, a zwłaszcza to, czym mógłby być. Stąd jego upodobanie do teatru, smak widowiska, gdzie proponują tyle losów: zagarnia ich poezję, nie doświadczając goryczy. Po tym przynajmniej można rozpoznać człowieka nieświadomego: wciąż spieszy ku nie wiadomo jakiej nadziei.
18. ciągłe napięcie wobec świata, zrównoważone szaleństwo, które skłania człowieka do przyjęcia wszystkiego, budzą w nim inne pragnienia. W tym świecie dzieło jest jedyną szansą zachowania świadomości i utrwalenia przygody. Tworzyć to żyć dwukrotnie.
19. gdyby świat był jasny, nie byłoby sztuki.
wtorek, grudnia 02, 2008
Wieczór w domu
Dlaczego tak mnie gna w puste miejsca, w płyny, które za mnie myślą. Dlaczego by nie wykorzystać idealnej chwili, by w tym czasie świat popłynął by beze mnie.
Czas, który przemija. Cały czas.
Laptop służy mi jedynie jako podpórka pod lusterko, w którym przeglądam się, by zamazać swoją twarz, stać się kimś innym.
Billy Holiday, w takich stanach pośpiesznych jeszcze bardziej upewniała mnie o przemijaniu.
No to nie
Nie potrafię bredzić o faktach. Przy pisaniu recenzji z książki o Indiach mogłam pieprzyć o mitologii, psychoanalizie, emocjach, ale przy krótkim streszczeniu stanu politycznego Indii – wymiękłam. Brak w tym wyobraźni. Jakby Schulz nigdy nie pojawił się w literaturze.
Zerwałam się nagle, nie wiem sama czemu. Musiałam wstać. Koniecznie. Myślenie to jednak proces fizyczny.
Kiedy słyszę „Georgie” jasno widzę, jak wyrwani jestem z własnych miejsc. Teraz chyba nikt nie ma swojego miejsca. Musi dopiero je tworzyć. Ta tęsknota w tej piosence już więcej nie zabrzmi.
Do knajpy zawsze ubieram się, jakbym była czyjąś kochanką.
Czas, który przemija. Cały czas.
Laptop służy mi jedynie jako podpórka pod lusterko, w którym przeglądam się, by zamazać swoją twarz, stać się kimś innym.
Billy Holiday, w takich stanach pośpiesznych jeszcze bardziej upewniała mnie o przemijaniu.
No to nie
Nie potrafię bredzić o faktach. Przy pisaniu recenzji z książki o Indiach mogłam pieprzyć o mitologii, psychoanalizie, emocjach, ale przy krótkim streszczeniu stanu politycznego Indii – wymiękłam. Brak w tym wyobraźni. Jakby Schulz nigdy nie pojawił się w literaturze.
Zerwałam się nagle, nie wiem sama czemu. Musiałam wstać. Koniecznie. Myślenie to jednak proces fizyczny.
Kiedy słyszę „Georgie” jasno widzę, jak wyrwani jestem z własnych miejsc. Teraz chyba nikt nie ma swojego miejsca. Musi dopiero je tworzyć. Ta tęsknota w tej piosence już więcej nie zabrzmi.
Do knajpy zawsze ubieram się, jakbym była czyjąś kochanką.
niedziela, września 28, 2008
znalezione w komputerze
Szósty stycznia 2005 roku
Kogo tu dawno nie było
Mnie tu dawno nie było
Dawno nie pisało
Dawno nie myślało
A co robiło
Do tej pory
Telewizję oglądało
Przez okno patrzyło
Wcale nie myślało
I dalej mnie tu nie ma
Na nowy rok dnia przybywa na barani skok
Kogo tu dawno nie było
Mnie tu dawno nie było
Dawno nie pisało
Dawno nie myślało
A co robiło
Do tej pory
Telewizję oglądało
Przez okno patrzyło
Wcale nie myślało
I dalej mnie tu nie ma
Na nowy rok dnia przybywa na barani skok
środa, sierpnia 20, 2008
wtorek, sierpnia 19, 2008
piątek, sierpnia 15, 2008
Święta, święta
W Warszawie właśnie trwają obchody Święta Wojska Polskiego, ulicami przejeżdżają czołgi, maszeruje wojsko. Przejęty komentator wylicza właściwości "pojazdów opancerzonych", zachwyca się możliwościami broni. Dygnitarze stoją na baczność, ludzie z cisną się, żeby zobaczyć wszystko.
A Świętobliwy Dalaj Lama powiada:
"(..) Rozwiązując problemy świata także nie wolno dać się sprowokować przez gniew. Nawet jeśli już mamy całą tę straszliwą broń, to ona sama nie zacznie wojny. Guzik, który ją uruchamia, musi zostać przyciśnięty ludzkim palcem, a ten nie porusza się sam z siebie, lecz kieruje nim czyjaś myśl. Odpowiedzialność ponosi zatem myśl." (o czym myślą polscy dysydenci???)
i dalej: "Broń nie pozostaje w magazynach. Gdy już zostanie wyprodukowana, wcześniej czy później ktoś jej użyje. Ktoś będzie miał poczucie, że jeśli się jej nie wykorzysta, miliony dolarów pójdą na marne. Coś trzeba z tym zrobić. Spuszcza więc gdzieś bombę, żeby ją wypróbować. Efekt jest taki, że giną niewinni ludzie. A wszystko to dzieje się z powodu braku zrozumienia, braku wzajemnego szacunku i zaufania, z powodu działań, które nie opierają się na życzliwości i miłości."
"(...) Jeśli spróbujemy pokonać swe samolubne reakcje (złość itd.) i rozwinąć więcej życzliwości dla innych, więcej współczucia, to koniec końców sami najbardziej na tym skorzystamy. Oto moja religia. Jest bardzo prosta. Nie potrzeba nam skomplikowanych filozofii ani nawet świątyń. Nasz własny rozum, nasze własne serca są światynią. Filozofią jest miłość."
A Świętobliwy Dalaj Lama powiada:
"(..) Rozwiązując problemy świata także nie wolno dać się sprowokować przez gniew. Nawet jeśli już mamy całą tę straszliwą broń, to ona sama nie zacznie wojny. Guzik, który ją uruchamia, musi zostać przyciśnięty ludzkim palcem, a ten nie porusza się sam z siebie, lecz kieruje nim czyjaś myśl. Odpowiedzialność ponosi zatem myśl." (o czym myślą polscy dysydenci???)
i dalej: "Broń nie pozostaje w magazynach. Gdy już zostanie wyprodukowana, wcześniej czy później ktoś jej użyje. Ktoś będzie miał poczucie, że jeśli się jej nie wykorzysta, miliony dolarów pójdą na marne. Coś trzeba z tym zrobić. Spuszcza więc gdzieś bombę, żeby ją wypróbować. Efekt jest taki, że giną niewinni ludzie. A wszystko to dzieje się z powodu braku zrozumienia, braku wzajemnego szacunku i zaufania, z powodu działań, które nie opierają się na życzliwości i miłości."
"(...) Jeśli spróbujemy pokonać swe samolubne reakcje (złość itd.) i rozwinąć więcej życzliwości dla innych, więcej współczucia, to koniec końców sami najbardziej na tym skorzystamy. Oto moja religia. Jest bardzo prosta. Nie potrzeba nam skomplikowanych filozofii ani nawet świątyń. Nasz własny rozum, nasze własne serca są światynią. Filozofią jest miłość."
sobota, sierpnia 09, 2008
czwartek, lipca 17, 2008
poniedziałek, lipca 14, 2008
piątek, czerwca 20, 2008
I had a dream
Śniło mi się, że moja mama przestała mnie kochać. Rozumiem to - to jest najstraszniejsze.
Historia bez puenty
Wszystko wydarzyło się w miesiącu, w którym zastarjkowali listonosze. Listy przestały przychodzić, jeśli w ogóle miały przyjść. Ale wtedy z czystym sumieniem patrzyło się w skrzynkę, ze świadomością, że i tak nic nie przyjdzie. To była wreszcie ulga. W tym miesiącu zaczęły kwitnąć lipy, a pełnia księżyca zdarzała się kilka razy. W tym miesiącu patrzyło się w oczy innej osoby i wszystko wydawało się możliwe. Ten miesiąc musiał się kiedyś skończyć. I oto koniec bajeczki, drodzy słuchacze. chociaż chciałoby się rozwinąć taką historię dalej.
piątek, czerwca 13, 2008
Nie jest tak źle
Naprawdę. Pisze do mnie codziennie Gazeta Wyborcza z najświeższymi nowinkami z miasta. Potem dostaję list z Onetu, że wspaniały portal właśnie jest otwarty, a potem tajemnicza nieznajoma osoba z amerykańskim mejlem pisze mi: I love you. Come to my site. Myślę, że życie jest naprawdę piękne - tyle osób chce ze mną porozmawiać. Jestem wreszcie szczęśliwa. Jutro cały dzień będę oglądać reklamy - i wtedy już zupełnie pojmę, jak ten świat wygląda.
sobota, czerwca 07, 2008
czwartek, czerwca 05, 2008
Nie rób tego w Krakowie
NO więc, a więc, szanowni Państwo - zaczynamy
Otóż - zielona z zazdrości, że wArszawa to ma, a ja jestem z dziury zwanej krAkowem - postanowiłam jeszcze bardziej się zazielenić i oto otwieram listę rzeczy, których nie należy robić w Krakowie
zapraszam do wpisywania
nierobtegowkrakowie.blox.pl
login:333jankiel
hasło: dupa333
Pozdrawiam z dziury małopolskiej
Otóż - zielona z zazdrości, że wArszawa to ma, a ja jestem z dziury zwanej krAkowem - postanowiłam jeszcze bardziej się zazielenić i oto otwieram listę rzeczy, których nie należy robić w Krakowie
zapraszam do wpisywania
nierobtegowkrakowie.blox.pl
login:333jankiel
hasło: dupa333
Pozdrawiam z dziury małopolskiej
niedziela, czerwca 01, 2008
Kolejna porcja literatury
"Kolebka kołysze się nad przepaścią. Zdrowy rozsądek, głusząc szept natchnionych zabobonów, mówi nam, że życie jest tylko szczeliną słabego światła pomiędzy dwiema idealnie czarnymi wiecznościami. Ich czarność jest absolutnie jednakowa, ale w przepaść przedżycia wpatrujemy się z mniejszą trwogą niż w tę, ku której pędzimy z szybkością czterech tysięcy pięciuset uderzeń serca na godzinę.(...)
Buntuję się przeciw temu z całą mocą. Gotów jestem przed swoją własną, ziemską naturą spacerować po deszczu z prostackim transparentem, niczym skrzywdzony subiekt."
Vladimir Nabokov "Tamte brzegi"
Buntuję się przeciw temu z całą mocą. Gotów jestem przed swoją własną, ziemską naturą spacerować po deszczu z prostackim transparentem, niczym skrzywdzony subiekt."
Vladimir Nabokov "Tamte brzegi"
sobota, maja 31, 2008
Omar Chajjam
Była kiedyś kropla wody, przepadła w morzu,
była kiedyś garstka prochu, przypadła do ziemi.
Czymże było twoje przyjście na ten świat niestały?
Przyszła mucha, pobrzęczała, nikt jej nie widzi.
była kiedyś garstka prochu, przypadła do ziemi.
Czymże było twoje przyjście na ten świat niestały?
Przyszła mucha, pobrzęczała, nikt jej nie widzi.
Koniec maja
koniec Blichartu. Dzisiaj ostatni raz - przynajmniej wedle mojej wiedzy - spotkanie na Blichu. Nie byłam ani razu i chyba tym razem też nie pójdę. Szkoda..
piątek, maja 30, 2008
Dzisiaj
jest znowu lato - lalalalato. Rower, lato, kryspinów - lalalala. Jak tylko wyjdę z piwnicy. Czyli na święta Bożego Narodzenia, hehe. Our trip so far - czyja to płyta, bo wczoraj cały wieczór nad tym debatowaliśmy. I do niczego nie doszliśmy. Proszę nie sprawdzać w internecie! Mózgu użyć!
czwartek, maja 29, 2008
środa, maja 28, 2008
Koniecznie unbedingt necessarily
No bo chociaż jest jedna rzecz w krk, której nie musimy się wstydzić - a i tak kończy się to tylko ludźmi z branży na widowni. Więc powtarzam - jak co roku - koniecznie iść zobaczyć - Krakowski Festiwal Filmowy. Genialne, genialne filmy i tylko oczy się coraz szerzej otwierają - bo świat wydaje się coraz bardziej niewiarygodny.
Polecam Grażyna Torbicka - ups przepraszam - Jankiel
Polecam Grażyna Torbicka - ups przepraszam - Jankiel
Inauguracja lata
Po pierwsze primo - panorama Krakowa z kopca Kraka - w pełnym słońcu, wśród opalających się półnagich kobiet i całujących sie par. Koniecznie - truskawki kupione na placu Nowym i lekko już zgniecione, soczyste i pachnące.
Po drugie primo - obiad z młodych ziemniaków posypanych ogromną ilością koperku i kefir z butelki - kupione - wiadomo gdzie. Obiad przy otwartych oknach na podwórko pełne dzieciaków grających w piłę. Obiad wśród ludzi bliskich, wspólne palenie papierosa po obiedzie, smakowanie czasu i koncertów fortepianowych.
Po trzecie primo - plan wyjazdu nad jezioro...
Czyż nie czyż - czyż nie tak? czy może właśnie tak - tak zaczynać lato.
Po drugie primo - obiad z młodych ziemniaków posypanych ogromną ilością koperku i kefir z butelki - kupione - wiadomo gdzie. Obiad przy otwartych oknach na podwórko pełne dzieciaków grających w piłę. Obiad wśród ludzi bliskich, wspólne palenie papierosa po obiedzie, smakowanie czasu i koncertów fortepianowych.
Po trzecie primo - plan wyjazdu nad jezioro...
Czyż nie czyż - czyż nie tak? czy może właśnie tak - tak zaczynać lato.
wtorek, maja 27, 2008
A szczęście w mieście
zgubiło dowód i choć wczoraj miało samolot powrotny do Hiszpanii - zostało. Próbuje uciec innymi sposobami, ale znając szczęście - pewnie odstawią je z powrotem do KRK. No tak, szczęście chyba musi być w tym mieście. Czy ktoś już je odczuwa?
niedziela, maja 25, 2008
Nie..nie dziełaj
W końcu, at least, wolny dzień! Organizuję sobie znowu - mam wrażenie, że po długich latach nieobecności - własny stół, układam książki, segreguję zapiski, zeszyty, przyglądam się w lustrze swojej twarzy - trochę zmęczona, opuchnięta, szkoda gadać..
W końcu niedziela, leniwa, bezstresowa, za oknem przekwita kasztan, dzieciaki grają w piłkę, w telewizji ludzie się modlą. Zapomniałam, że tak to właśnie wygląda. Piwniczne biuro odcina od świata, od dni tygodnia, od polityki, książek, myślenia o czymś zupełnie innym, niż zorganizowanie koncertu.
Nareszcie jeden dzień bez pracy. Bez odbierania telefonu, bez patrzenia na zegarek, bez pośpiesznego połykania obiadu. Wyciągnęłam filmy, wyłożyłam książki obok łóżka, zrobiłam pranie, zaraz się położę i będę gapić się w okno. I tak mi będzie dobrze, oj dobrze... Może znowu coś wymyślę, może znowu coś napiszę, przeczytam, zrozumiem. Ajajaj.
To ja poproszę o taki jeden dzień w tygodniu na stałe!!!
P.S. Ostrzegam przed Warszawą - tam się zdecydowanie za dużo tequilli leje.
czwartek, maja 01, 2008
Ech, ludziska
I think I`m happy :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))
Oto imprezka
"Któregoś wieczoru towarzystwo było w komplecie. Kniaź Bałachoński siedział w kącie z twarzą ukrytą w dłoniach, nie mając siły ani wyjść, ani przebywać dalej w tak obcym mu zbiorowisku upadłych ludzi. Młody paranoik, genialny akwaforcista Brytwan, wydając od czasu do czasu dzikie okrzyki, rysował perwersyjną w najwyższym stopniu, giętką jak trzcina pannę, w której się beznadziejnie kochał, i wpatrywał się w jej do potworności olbrzymie, purpurowe wargi, które w uśmiechu odsłaniały niebieskawe dziąsła z żółtymi korzeniami wygniłych zębów. Podobny do małej chorej małpki powieściopisarz, pijany zupełnie opowiadał treść któregoś rozdziału swojej ostatniej pracy nieprzytomnemu zupełnie Idziowi. Chudy asceta, będący karykaturą i tak już potwornego Bałachońskiego, dyskutował z otumanionym jasnowidzeniami Tymbeuszem o znaczeniu absolutnej pustki dla twórczości. W innej grupie, gdzie królowała leniwa jak jakiś przedpotopowy jaszczur blondyna o scenicznych pretensjach, deklamował francuski poemat doszczętnie zarosły włosami, starzejący się kawiarniany demon o czarnych palących oczach fanatycznego Araba. (...)
Księżniczka Keskeszydze, która przebywała w tym towarzystwie jedynie dla możności częstszego widywania Idzia, stanowiła pendant do Bałachońskiego i siedziała na uboczu, zmartwiała zupełnie z przerażenia i niesmaku. Podpity Bungo siedział na sofie obok markizy wpatrzonej gorączkowo-szklistym wzrokiem w deklamującego Beduina. Pani Marta zdawała się pojmować w tej chwili całą nieubłaganą potworność życia i pożądać do obłędu jego najmroczniejszych i najbardziej niszczących głębi.
Powstało zamięszanie. Brytwan rzucił się na poetę, wbijając mu węgiel do rysunku między zęby. Czarna panna zaniosła się histerycznym śmiechem, a leniwa blondyna zaczęła walić z całej siły w fortepian, improwizując jakąś straszliwą symfonię. Tymbeusz skoczył rozdzielać walczących, krzycząc nieprzytomnie do Brytwana:
- Tymek, ty będziesz także pisał! Właśnie dlatego, że nie masz formy."
622 upadki Bunga - S.I. Witkiewicz
Księżniczka Keskeszydze, która przebywała w tym towarzystwie jedynie dla możności częstszego widywania Idzia, stanowiła pendant do Bałachońskiego i siedziała na uboczu, zmartwiała zupełnie z przerażenia i niesmaku. Podpity Bungo siedział na sofie obok markizy wpatrzonej gorączkowo-szklistym wzrokiem w deklamującego Beduina. Pani Marta zdawała się pojmować w tej chwili całą nieubłaganą potworność życia i pożądać do obłędu jego najmroczniejszych i najbardziej niszczących głębi.
Powstało zamięszanie. Brytwan rzucił się na poetę, wbijając mu węgiel do rysunku między zęby. Czarna panna zaniosła się histerycznym śmiechem, a leniwa blondyna zaczęła walić z całej siły w fortepian, improwizując jakąś straszliwą symfonię. Tymbeusz skoczył rozdzielać walczących, krzycząc nieprzytomnie do Brytwana:
- Tymek, ty będziesz także pisał! Właśnie dlatego, że nie masz formy."
622 upadki Bunga - S.I. Witkiewicz
niedziela, kwietnia 13, 2008
Fotografia i pożądanie
"Francuski estetyk i entuzjasta fotografii, doceniający jej artystyczne aspiracje - Robert de la Sizeranne pierwszy zdawał się sugerować, że fotografia jest odzwierciedleniem życia wewnętrznego człowieka. Sizeranne głosił ponadto pochwałę nowoczesnego fotografa, który w przeciwieństwie do „mistrza starej daty” opuszcza swoje atelier i wychodzi na ulicę. Tacy nowocześni fotografowie „zrzucili z ramion czarne zasłony i stoją wobec tłumu po prostu, wyglądają mniej na magików a za to więcej na ludzi”. Poszukują obiektów godnych sfotografowania, „których człowiek więcej pragnie, bo je mniej posiada, na takie rzeczy jest ciekaw, bo ich nie widzi dokładnie”. Taki sposób „patrzenia” może stanowić istotny przyczynek do rozwinięcia teorii pożądania w psychoanalizie, bo jak inaczej nazwać stan, w którym znajduje się fotograf, „kiedy się upragniony przedmiot już zaczyna prawie ukazywać a tym goręcej się go pragnie, że go przecież jeszcze uchwycić nie można”? Sizeranne odpowiada krótko: „szukali tylko rozkoszy a pamiętajmy, że rozkosz dała sztuce więcej dzieł pięknych, niż ambicja”. Te ostatnie słowa można odnieść oczywiście zarówno do fotografa, jak i histeryka. Rozkosz jako poszukiwany element pozwala określić obraz i strukturę pożądania. Czym jest ten „upragniony przedmiot”, którego „uchwycić nie można”? W moim przekonaniu jest on po prostu krótką definicją Lacanowskiego obiektu a - cząstkowego przedmiotu pożądania, przedmiotu, który w rzeczywistości okazuje się niedostępny, nieosiągalny, niewyrażalny i nie możliwy do przedstawienia."
Tomasz Kaliściak
http://free.art.pl/fotografie/kalisciak/
Tomasz Kaliściak
http://free.art.pl/fotografie/kalisciak/
sobota, kwietnia 12, 2008
czwartek, kwietnia 10, 2008
Raport Badeni
"Na Błoniach kwadrans przed 6 rano, nieopodal wejścia do Parku Gier i Zabaw Ruchowych dr. Jordana, nieznana nam kobieta padła rażona za sprawą wystrzału z rewolweru Smith & Wesson. Na miejsce wydarzenia po jakimś czasie przyjechał wóz sanitarny w dwa konie, postrzelonej nie udało się jednak odratować. Niesłychany ten wypadek natychmiast stał się przedmiotem zainteresowania i rozmów mieszkańców miasta."
Inspektor Gustaw Mahler (ponoć nie z tych Mahlerów) prowadzi sprawę zastrzelonej Judyty Badeni. Kraków 1900 rok.
Krzysztof Maćkowski "Raport Badeni" Znak, Kraków MMVII
Inspektor Gustaw Mahler (ponoć nie z tych Mahlerów) prowadzi sprawę zastrzelonej Judyty Badeni. Kraków 1900 rok.
Krzysztof Maćkowski "Raport Badeni" Znak, Kraków MMVII
środa, kwietnia 09, 2008
poniedziałek, kwietnia 07, 2008
Czas
czas, czas, czas, czas, czas, czas, czas, czas, czas, dzień, dwa, tydzień, miesiąc, rok, życie.
Brakuje mi czasu.
Brakuje mi czasu.
czwartek, kwietnia 03, 2008
W drodze na szczyt
rozpaczy staram się robić coraz dłuższe przerwy. Dzisiaj, kiedy padał deszcz i postanowiłam znów zrobić przerwę - śniło mi się, że przyjaciel wyprowadzał się na zawsze. Pozostały po nim żółte ściany, papiery, brzydkie meble i pusta przestrzeń. I cały czas zastanawiałam się, co zrobić z tak ogromnym miejscem. Co tam wstawić, kogo zaprosić - nic nie przychodziło do głowy. Ostatni raz przeszłam tajemnym miejscem za szafą do pokoju, o którym tylko ja i przyjaciel wiedzieliśmy. Miejsce zapomniane przez świat. Z kanapą jak u babci i mnóstwem kwiatków w doniczkach.
Zamknęłam drzwi i postanowiłam wracać do domu, żeby zasnąć i nie myśleć więcej o tym.
I obudziłam się. Deszcz przestał padać. Tom Waits. Ja wiem, jest mnóstwo pięknej muzyki, jest mnóstwo energii w innych - ale we mnie nadal trwa ciemność. I ten bełkotliwy smutek.
Ach, gdzie ta słodka ironia? Jak obdarta ze skóry, z nerwami na wierzchu... A przede mną już tylko ten szczyt i cisza rozrzedzonego powietrza. I co zrobić z rozpostartymi rękami? To już będzie się działo poza miastami, poza ludźmi, poza ptakami. Nie zostanie nic, prócz sączącej się, cierpliwie jak słońce, rozpaczy.
Zamknęłam drzwi i postanowiłam wracać do domu, żeby zasnąć i nie myśleć więcej o tym.
I obudziłam się. Deszcz przestał padać. Tom Waits. Ja wiem, jest mnóstwo pięknej muzyki, jest mnóstwo energii w innych - ale we mnie nadal trwa ciemność. I ten bełkotliwy smutek.
Ach, gdzie ta słodka ironia? Jak obdarta ze skóry, z nerwami na wierzchu... A przede mną już tylko ten szczyt i cisza rozrzedzonego powietrza. I co zrobić z rozpostartymi rękami? To już będzie się działo poza miastami, poza ludźmi, poza ptakami. Nie zostanie nic, prócz sączącej się, cierpliwie jak słońce, rozpaczy.
sobota, marca 29, 2008
piątek, marca 28, 2008
Dostojeństwo poety
Okazuje się, że Marcin to nie Marcin - tylko PAN Marcin.
Tak przynajmniej zostałam pouczona.
Tak przynajmniej zostałam pouczona.
czwartek, marca 27, 2008
środa, marca 26, 2008
Wyznania
Prawdę powiedziawszy czuję komletne zmęczenie tym życiem. Totalnie. I cały czas się zastanawiam, po co ja w tym wszystkim. Jakby wszyscy mówili w jakimś całkowicie nieznanym języku. Albo jakbym ja była z innej planety. Biorę oczywiście jeszcze jedną opcję pod uwagę - że po prostu zwariowałam i jak o tym myślę, to wydaje mi się, że coś takiego zdarzało się w mojej rodzinie.
W każdym bądź razie - tak co najmniej 2 razy dziennie zdarza mi się myśl, że może rzucić to wszystko. I koniec i kropka.
W każdym bądź razie - tak co najmniej 2 razy dziennie zdarza mi się myśl, że może rzucić to wszystko. I koniec i kropka.
poniedziałek, marca 24, 2008
Święta, święta i po świętach
a ja mam gigantycznego kaca...
Ciekawa jestem, ile razy w ciągu swojego życia wypowiedziałam słowa: Więcej nie piję!
Milion?
Ciekawa jestem, ile razy w ciągu swojego życia wypowiedziałam słowa: Więcej nie piję!
Milion?
niedziela, marca 23, 2008
konkurs w Trójce
Spikerka: Co to znaczy, że święta wielkanocne są ruchome?
Słuchaczka: No bo chodzimy...
Słuchaczka: No bo chodzimy...
piątek, marca 21, 2008
Pracownia Pytań Granicznych
Czy jestem podmiotem fenomenologicznym czy lingwistycznym? Czy ja ją kształtuję czy ona mnie? Czy ja to "ja"?
„wszystko sprowadza się do tego, aby prawdę ująć i wyrazić nie tylko jako substancję, lecz w tym samym stopniu jako podmiot” (Hegel, Przedmowa, w: Fenomenologia ducha, przeł. Ś. F. Nowicki, Warszawa 2002, s.22) i: „to, co rozumne, jest rzeczywiste, i to, co rzeczywiste- rozumne”.
„wszystko sprowadza się do tego, aby prawdę ująć i wyrazić nie tylko jako substancję, lecz w tym samym stopniu jako podmiot” (Hegel, Przedmowa, w: Fenomenologia ducha, przeł. Ś. F. Nowicki, Warszawa 2002, s.22) i: „to, co rozumne, jest rzeczywiste, i to, co rzeczywiste- rozumne”.
Hokusai
Jako sześciolatek nabrałem manii rysowania przedmiotów, a odkąd skończyłem lat pięćdziesiąt, często publikuję swoje rysunki. Wśród tego, co stworzyłem przez siedemdziesiąt lat, nie ma nic godnego uwagi. W wieku siedemdziesięciu trzech lat, pojąłem istotę budowy zwierząt, ptaków, owadów i ryb, a także życia ziół i roślin, dlatego też, kiedy skończę lat osiemdziesiąt sześć, pójdę dalej. W wieku lat dziewięćdziesięciu jeszcze bardziej zgłębię ich ukryty sens, a kiedy będę miał lat sto, być może osiągnę wymiar boskości i cudowności. Kiedy skończę lat sto dziesięć, najdrobniejsza kropka czy linia będą żyły własnym życiem. Jeśli mogę wyrazić jakieś życzenie, to prosiłbym tych, którzy doczekają mojego wieku, aby sprawdzili, czy to, o czym mówię okaże się prawdą.
Pisane w siedemdziesiątym piątym roku życia przeze mnie, niegdyś zwanego Hokusai, dziś - starcem opętanym malarstwem.
Piątek c.d.
I dlaczego tylko przez jeden dzień w roku myślą o śmierci. Czy to nie dziwne, że trzeba organizować tak wielkie szopki, żeby przypomnieć ludziom, że są niestety śmiertelni. A może to niezła akcja marketingowa wielkiej Firmy jaką jest Kościół?
czwartek, marca 20, 2008
poniedziałek, marca 17, 2008
Echej, echej...
Echej, jak gwałtem obrotne obłoki
I Tytan prętki lotne czasy pędzą,
A chciwa może odciąć rozkosz nędzą
Śmierć - tuż za nami spore czyni kroki.
A ja, co dalej, lepiej cień głęboki
Błędów mych widzę, które gęsto jedzą
Strwożone serce ustawiczną żędzą,
I z płaczem ganię młodości mej skoki.
O moc, o rozkosz, o skarby pilności,
Choćby nie darmo były, przedsię szkodzą,
Bo naszę chciwość od swej szczęśliwości
Własnej (co Bogiem zowiemy), odwodzą
Niestałe dobra. O, stokroć szczęśliwy
Który tych cieniów w czas zna kształt prawdziwy!
Mikołaj Sęp Szarzyński
I Tytan prętki lotne czasy pędzą,
A chciwa może odciąć rozkosz nędzą
Śmierć - tuż za nami spore czyni kroki.
A ja, co dalej, lepiej cień głęboki
Błędów mych widzę, które gęsto jedzą
Strwożone serce ustawiczną żędzą,
I z płaczem ganię młodości mej skoki.
O moc, o rozkosz, o skarby pilności,
Choćby nie darmo były, przedsię szkodzą,
Bo naszę chciwość od swej szczęśliwości
Własnej (co Bogiem zowiemy), odwodzą
Niestałe dobra. O, stokroć szczęśliwy
Który tych cieniów w czas zna kształt prawdziwy!
Mikołaj Sęp Szarzyński
niedziela, marca 16, 2008
Oto
nadszedł kolejny ciemny wieczór, a ja lubię w ciemnościach tańczyć. Lecz trujący ten taniec. Zmieniam osobowości, umieram i tworzę się. Zapominam, kim byłam zaczynając taniec. Nie wiem, kim będę, gdy skończy się muzyka. Boję się, że zupełnie zapomnę o sobie. Że zupełnie zapomnę o was.
postanowienia
1. Trzeźwości
2. Trzeźwości
3. Trzeźwości
4. Nie popełniania codziennie samobójstwa
5. Nie pisania pożegnalnych listów do rodziców
6. Trzeźwości.
2. Trzeźwości
3. Trzeźwości
4. Nie popełniania codziennie samobójstwa
5. Nie pisania pożegnalnych listów do rodziców
6. Trzeźwości.
niedziela, marca 09, 2008
Klub Kulturalny, Szewska 25, Kraków
Niezniszczalny zenit - ile przeszedł ze mną miejsc w tym miescie....
Ilu ludzi objął swym spojrzeniem...
Ku pamięci...
Ilu ludzi objął swym spojrzeniem...
Ku pamięci...
Mesjasz odszedł do innej
Brak wiadomości, brak głosu, brak odbicia, brak…. I można iść spać, bo nic już więcej nie zostanie dzisiaj do zrobienia.
Odezwij się, ty, Boże Ty, wlej, wylej, zalej miłością…
Końcówka rzeczywistości…
Paulińska
Zapamiętywanie
Wystukiwanie słów na maszynie
Tykanie zegara
Kroki
Pojedynczy dźwięk pianina
Kroki
Stukanie w kuchni
Nasłuchiwanie
Cisza
Znowu słowa na maszynie.
Ciągłe pamiętanie. Zamknięcie w pamięci. Nie patrzenie. Nie widzenie. Nie doświadczenie. Pamiętanie.
wtorek, lutego 26, 2008
Pismo na dziś
Duch ożywia. Ciało nic sie pomaga. Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem.
J 6, 63
J 6, 63
poniedziałek, lutego 25, 2008
Marzec `68
Warszawa - TAJNE
W dniu 23 bm. w pomieszczenieach Głównego Gmachu Politechniki Warszawskiej znaleziono szereg materiałów propagandowych, pozostawionych przez studentów (...) W tym samym czasie usunięto z gmachu PW 23 transparenty i plakaty z różnymi hasłami.
Do wykonania ulotek, napisów i odezw oraz transparentów zgromadzono następujące materiały:
- około 80 ark. szarego formatu A-1,
- zużyto do zrobienia transparentów około 50 m. płótna białego,
- kilka tysięcy sztuk papieru białego maszynowego,
- kilka tysięcy sztuk papieru podaniowego.
Strajkujący studenci Politechniki Warszawskiej przygotowali również różnego rodzaju środki samoobrony. Zaplanowano przy tym bronić się z II piętra. Do obrony tej zgromadzono przedmioty:
- około 30 gaśnic przeciwpożarowych (wszystkie jakie znajdowały się w Gmachu Głównym PW)
- około 20 hydrantów podłączonych do sieci wodociągowych,
- około 200 sztuk "pałek" z połamanych krzeseł i stołów,
- kilka prętów żelaznych,
- w krużgankach III i IV piętra, wokół auli, zgromadzono 120 stołów i krzeseł, które zamierzano zrzucić na funkcjonariuszy MO, gdyby weszli na teren Politechniki,
- kilka tysięcy różnych butelek po piwie, wódce i oranżadzie.
W czasie przygotowań do "Samoobrony" zniszczono ponad 200 szt. krzeseł i taboretów, 30-50 stołów, pobrudzono i odrapano ściany w kilku aulach. (...)
Zakładając możliwość kontynuowania strajku studenci zgromadzili następujące zapasy żywności:
- około 30 kg pomarańczy
- około 30 kg cytryn
- 100 szt. tabliczek czekolady
- kilkanaście bombonierek czekoladowych
- około 150 puszek konserw
- około 50 kg sera
- 1 skrzynię masła
- kilka tysięcy sztuk papierosów.
Ogółem zgromadzone zapasy stanowiły wartość około 100.000 zł. Pochodziły one w części od różnych osób z zewnątrz i podawane były przez parkan. Część tych artykułów przywieźli sami studenci.
W dniu 23 bm. w pomieszczenieach Głównego Gmachu Politechniki Warszawskiej znaleziono szereg materiałów propagandowych, pozostawionych przez studentów (...) W tym samym czasie usunięto z gmachu PW 23 transparenty i plakaty z różnymi hasłami.
Do wykonania ulotek, napisów i odezw oraz transparentów zgromadzono następujące materiały:
- około 80 ark. szarego formatu A-1,
- zużyto do zrobienia transparentów około 50 m. płótna białego,
- kilka tysięcy sztuk papieru białego maszynowego,
- kilka tysięcy sztuk papieru podaniowego.
Strajkujący studenci Politechniki Warszawskiej przygotowali również różnego rodzaju środki samoobrony. Zaplanowano przy tym bronić się z II piętra. Do obrony tej zgromadzono przedmioty:
- około 30 gaśnic przeciwpożarowych (wszystkie jakie znajdowały się w Gmachu Głównym PW)
- około 20 hydrantów podłączonych do sieci wodociągowych,
- około 200 sztuk "pałek" z połamanych krzeseł i stołów,
- kilka prętów żelaznych,
- w krużgankach III i IV piętra, wokół auli, zgromadzono 120 stołów i krzeseł, które zamierzano zrzucić na funkcjonariuszy MO, gdyby weszli na teren Politechniki,
- kilka tysięcy różnych butelek po piwie, wódce i oranżadzie.
W czasie przygotowań do "Samoobrony" zniszczono ponad 200 szt. krzeseł i taboretów, 30-50 stołów, pobrudzono i odrapano ściany w kilku aulach. (...)
Zakładając możliwość kontynuowania strajku studenci zgromadzili następujące zapasy żywności:
- około 30 kg pomarańczy
- około 30 kg cytryn
- 100 szt. tabliczek czekolady
- kilkanaście bombonierek czekoladowych
- około 150 puszek konserw
- około 50 kg sera
- 1 skrzynię masła
- kilka tysięcy sztuk papierosów.
Ogółem zgromadzone zapasy stanowiły wartość około 100.000 zł. Pochodziły one w części od różnych osób z zewnątrz i podawane były przez parkan. Część tych artykułów przywieźli sami studenci.
niedziela, lutego 24, 2008
Marzec `68
KRAKÓW 16. III - TAJNE
W domach akademickich, uczelniach i różnych miejscach publicznych (tramwaje, restauracje, bramy) rozpowszechniane są różnorodne ulotki i napisy sporządzane odręcznie, na maszynie, w odbitkach fotograficznych i powielaczowych. Treścią ulotek jest podważanie wiarygodności publikacji prasowych i radiowo-telewizyjnych, szkalowanie organów porządkowych MO i ORMO, hasła solidarności studenckiej z klasą robotniczą, nawoływanie do bojkotu nauki.
W domach akademickich, uczelniach i różnych miejscach publicznych (tramwaje, restauracje, bramy) rozpowszechniane są różnorodne ulotki i napisy sporządzane odręcznie, na maszynie, w odbitkach fotograficznych i powielaczowych. Treścią ulotek jest podważanie wiarygodności publikacji prasowych i radiowo-telewizyjnych, szkalowanie organów porządkowych MO i ORMO, hasła solidarności studenckiej z klasą robotniczą, nawoływanie do bojkotu nauki.
niedziela, lutego 17, 2008
Tu siem zabawisz...
http://pl.youtube.com/watch?v=miH7tU-QCoE
i krótsza wersja: http://pl.youtube.com/watch?v=kt73tUQVKiI&feature=related
P.S. Na pewno będzie wojna
i krótsza wersja: http://pl.youtube.com/watch?v=kt73tUQVKiI&feature=related
P.S. Na pewno będzie wojna
Niedzielny marazm
Po takim dniu czuję, jak moje ciało gnije telewizją. Po takim dniu chciałabym wyjechać do Afryki. Po takim dniu wiem, że w nocy czeka na mnie bezsenność.
P.S. Czy będzie wojna?
sobota, lutego 16, 2008
Codzienność
9 rano, telefon:
- Halou - mówi babcia w słuchawce - wstałaś już?
- No cześć babciu, co tam - mówię ja.
- A bo ja kotlety ubiłam i mam ziemniaczki, tylko trzeba je obrać, bo wiesz, ja sama...
- Tak. tak - przerywam - wiem, wypije kawę i zaraz tam będę.
- uhm - chrząka babcia i odkłada słuchawkę.
I tak od dwóch miesięcy - codziennie rano ta sama rozmowa.
- Halou - mówi babcia w słuchawce - wstałaś już?
- No cześć babciu, co tam - mówię ja.
- A bo ja kotlety ubiłam i mam ziemniaczki, tylko trzeba je obrać, bo wiesz, ja sama...
- Tak. tak - przerywam - wiem, wypije kawę i zaraz tam będę.
- uhm - chrząka babcia i odkłada słuchawkę.
I tak od dwóch miesięcy - codziennie rano ta sama rozmowa.
piątek, lutego 15, 2008
Homo idiota
Głupota wg Kłoczowskiego:
Cechą wyróżniającą głupca jest to, że wszystko wydaje się dlań proste i oczywiste. Bardzo lubi proste odpowiedzi(...) Głupiec bardzo nie lubi komplikacji. Nie dociera do niego, że każdy człowiek jest inny, że często problemy nie mają prostego rozwiązania.
Głupota jest ekspansywna; to znaczy, że jest śmiała. Głupiec obnosi się ze swoją głupotą i chwali sam siebie. W sposób osobliwy wyróżnia głupca to, że nie ma poczucia humoru. (..) Głupota jest zawsze złośliwa i podejrzliwa. (...)
Artur Schopenhauer, który dokonał bardzo wnikliwej, wręcz złośliwej charakterystyki głupca, twierdził, że głupiec nudzi się sam sobą. Przejawia się to w jego nieustannym pragnieniu i poszukiwaniu rozrywki. Najgorzej się czuje wtedy, gdy jest sam. W związku z tym następną cechą charakterystyczną głupca jest jego niezwykła podatność na roztopienie się w masie, przy jednoczesnym podkreślaniu własnej indywidualności - co dodalibyśmy współcześnie. Ale jest to indywidualność na poziomie realizacji hasła: "Bądź sobą, pij pepsi". (...)
Mądrzy ludzie wskazują na dwa źródła głupoty w człowieku: strach i bezczelność. Strach polega na gwałtownej próbie uniknięcia jakiegokolwiek ryzyka, wynikającego z zajęcia zdecydowanego stanowiska w jakiejś sprawie. Bezczelność charakteryzuje głupca w tłumie.
o. Jan Andrzej Kłoczowski OP (TP 6/10 luty 2008)
Cechą wyróżniającą głupca jest to, że wszystko wydaje się dlań proste i oczywiste. Bardzo lubi proste odpowiedzi(...) Głupiec bardzo nie lubi komplikacji. Nie dociera do niego, że każdy człowiek jest inny, że często problemy nie mają prostego rozwiązania.
Głupota jest ekspansywna; to znaczy, że jest śmiała. Głupiec obnosi się ze swoją głupotą i chwali sam siebie. W sposób osobliwy wyróżnia głupca to, że nie ma poczucia humoru. (..) Głupota jest zawsze złośliwa i podejrzliwa. (...)
Artur Schopenhauer, który dokonał bardzo wnikliwej, wręcz złośliwej charakterystyki głupca, twierdził, że głupiec nudzi się sam sobą. Przejawia się to w jego nieustannym pragnieniu i poszukiwaniu rozrywki. Najgorzej się czuje wtedy, gdy jest sam. W związku z tym następną cechą charakterystyczną głupca jest jego niezwykła podatność na roztopienie się w masie, przy jednoczesnym podkreślaniu własnej indywidualności - co dodalibyśmy współcześnie. Ale jest to indywidualność na poziomie realizacji hasła: "Bądź sobą, pij pepsi". (...)
Mądrzy ludzie wskazują na dwa źródła głupoty w człowieku: strach i bezczelność. Strach polega na gwałtownej próbie uniknięcia jakiegokolwiek ryzyka, wynikającego z zajęcia zdecydowanego stanowiska w jakiejś sprawie. Bezczelność charakteryzuje głupca w tłumie.
o. Jan Andrzej Kłoczowski OP (TP 6/10 luty 2008)
Wesołe miasteczko
Nasz świat to choroba psychiczna boga
to jego ukojenie nerwów, zmyślenie
stworzony dla uspokojenia namiętności
chwila ciszy i zgrzyt masywnej karuzeli
Koło szaleńców stało się wtedy
i w tamten sposób
A nasze stawanie się z każdą chwilą inne
i takie same
i tak bez przerwy
Kręcimy się w nieskończoności
Wciśnięci w krzesełka
przyczepieni żelazem do strachu i obłędu
to jego ukojenie nerwów, zmyślenie
stworzony dla uspokojenia namiętności
chwila ciszy i zgrzyt masywnej karuzeli
Koło szaleńców stało się wtedy
i w tamten sposób
A nasze stawanie się z każdą chwilą inne
i takie same
i tak bez przerwy
Kręcimy się w nieskończoności
Wciśnięci w krzesełka
przyczepieni żelazem do strachu i obłędu
Wspomnienie
Podwórko. Lato w małym miasteczku. Szary, zakurzony plac między dwoma blokami. Żadnych drzew, udeptany skrawek trawy, brudne wyleniałe koty w piwnicznych okienkach. Na placu połamana karuzela, dwie piaskownice pełne śmieci. Na środku stoi konstrukcja zardzewiałych drabinek. Popołudnie. Cicho, jakby umarł cały dzień, nie słychać niczego, mimo otwartych okien w blokach. Dziecko. Mała dziewczynka siedzi sama na środku podwórka, na najwyższej drabince. Myśl. Ktoś przed chwilą z nią rozmawiał, pozostawił jej myśl, dziwną, nie potrafi tego zrozumieć. Czy pojęłaś już wieczność, brak początku, brak końca? Czy pojmujesz wieczność czekania - na nadchodzący wieczór, na przyjazd dzieci, na kolejny dzień? Czy zrozumiesz nieskończoną przestrzeń nieba? Taka mała jesteś, takie duże podwórko, a przecież to nie wszystko, bo to wszystko jest nie do ogarnięcia.
Alchemia 2006
Spojrzałam przez mały prześwit w drzwiach – znów żółty blask słońca przebija się do nocnej knajpy. Zaraz wejdzie pani Kasia z panią Martą – zrobią sobie kawę latte – kawę lato, jak mawia lokalny schizofrenik. A więc zrobią sobie kawę latte, bo to jest ich nagroda, za to, że wstały wcześnie rano lub późno w nocy i przyszły tu, do tego brudnego, śmierdzącego miejsca, żeby je posprzątać, doprowadzić do stanu, w którym przedpołudniowi klienci będą odczuwali przyjemność, że siedzą w tak przytulnej knajpce i piją poranną kawę – lato.
Tego ranka znowu czułam, że jakaś niezapomniana chwila mija, chwila, która będzie we mnie tkwić jeszcze przez parę lat, dopóki nie zastąpi jej jakiś inny moment, żywszy dla wspomnień. Uczę się codziennie życia, samotności, obserwuję rzeczywistość, która zawsze wokół mnie istniała, ale wcześniej nie miałam dla niej czasu.
- To lato będzie gorące – mruknęła pani Kasia zrywając wosk ze stołów. Ledwo byłam w stanie patrzeć na jej ruchy. Cała noc biegania, picia stawianych wiśniówek i piołunówek, poranne piwo i joint – teraz odpoczywam na jednym z wielu pustych krzeseł. Pani Kasia z werwą otworzyła okiennice i drzwi – blask słońca zalał do bólu knajpę. Gdzieś w tej powodzi światła dojrzałam handlarki owocami i kwiatami stojące na placu. Stare przekupy – jak mawiał mój przyjaciel, od rana pytlują o sprawach nieważnych dla tego świata.
Alchemia, lato 2006
Tego ranka znowu czułam, że jakaś niezapomniana chwila mija, chwila, która będzie we mnie tkwić jeszcze przez parę lat, dopóki nie zastąpi jej jakiś inny moment, żywszy dla wspomnień. Uczę się codziennie życia, samotności, obserwuję rzeczywistość, która zawsze wokół mnie istniała, ale wcześniej nie miałam dla niej czasu.
- To lato będzie gorące – mruknęła pani Kasia zrywając wosk ze stołów. Ledwo byłam w stanie patrzeć na jej ruchy. Cała noc biegania, picia stawianych wiśniówek i piołunówek, poranne piwo i joint – teraz odpoczywam na jednym z wielu pustych krzeseł. Pani Kasia z werwą otworzyła okiennice i drzwi – blask słońca zalał do bólu knajpę. Gdzieś w tej powodzi światła dojrzałam handlarki owocami i kwiatami stojące na placu. Stare przekupy – jak mawiał mój przyjaciel, od rana pytlują o sprawach nieważnych dla tego świata.
Alchemia, lato 2006
Albo, albo
Niedawno rozmyślałem na tym, dlaczego zrezygnowałem z zawodu nauczyciela. Kiedy teraz myślę o tym, wydaje mi się, że właśnie takie stanowisko odpowiadało mi. Dzisiaj błysk jakiś oświetlił mi tę sprawę; właśnie dlatego uczyniłem to, że mogłem sie uważać za nadającego się do tej pracy. Gdybym pozostał na tym stanowisku, miałbym wszystko do stracenia, a nic do wygrania. Do tego stopnia uważam to za słuszne, że wyrzekłem się tej posady i staram się o zaangażowanie do wędrownego teatru, ponieważ nie posiadam żadnego talentu, to znaczy mam wszystko do zdobycia.
S. Kierkegaard, Albo, albo
S. Kierkegaard, Albo, albo
czwartek, lutego 14, 2008
wtorek, lutego 12, 2008
poniedziałek, lutego 11, 2008
Coś z Kierkegaarda..
Jak często lekarz powiada, że nie ma może na świecie człowieka zdrowego, tak samo można by było powiedzieć, gdyby się znało dobrze ludzi, że nie ma na świecie człowieka, który by nie zaznał nieco rozpaczy, w którego najgłębszych pokładach nie mieszkałby jakiś niepokój, jakaś niespójność, jakaś dysharmonia, jakiś lęk przed czymś nieznanym czy przed czymś, czego by sobie nawet nie chciał uświadomić, strach przed jakąś możliwością życia lub strach przed samym sobą, i że każdy, jak by powiedział lekarz, chodzi z chorobą w ciele, to znaczy kryje w sobie chorobę ducha, która chwilami, budząc niewytłumaczalny dla niego samego strach, ukazuje się przelotnie.
(...)
szczęście nie jest określonością ducha i głęboko, głęboko w środku, w najgłębszym środku szczęścia mieszka również lęk, który jest rozpaczą;
(...)
tyle się mówi o zmarnowanych życiach - a przecież tylko życie takiego człowieka można uważać za zmarnowane, który przeżył je całe złudzony radością czy też troską życia i nigdy nie poczuł się wiecznym duchem, osobowością, nigdy - co zresztą znaczy to samo - nie zauważył, nie zgłębił i nie zrozumiał tego, że w to wmieszany jest Bóg i że on, on sam, jego jaźń stoi wobec Boga, którego nieskończonej wygranej niepodobna osiągnąć inaczej jak przez rozpacz.
(...)
gdy gwar świata ucichnie, a nieustanny i bezpłodny wir próżnych zajęć przeminie, gdy wszystko się uspokoi wokół ciebie - jak w wieczności - czymkolwiek byłeś, mężczyzną czy kobietą, bogaczem czy żebrakiem, człowiekiem zależnym czy niezależnym, szczęśliwym czy nieszczęśliwym, czy udziałem twym był blask korony na szczytach, czy też niepozorne istnienie w trudzie i znoju, czy imię twe będą wspominać, dopóki świat istnieje, czy też jesteś bezimienny w tłumie niezliczonym, czy wspaniałość, która cię otacza, przeszła wszelkie ludzkie słowo, czy też potępił cię najsurowszy i hańbiący sąd ludzki - wieczność pyta każdego osobno z tych milionów i milionów ludzi, pyta o jedno tylko: czyś żył w rozpaczy, czy bez rozpaczy, czy w rozpaczy, o której nic nie wiedziałeś, czy też ukryłeś tę chorobę w swoim wnętrzu jak męczącą tajemnicę, jak grzeszny owoc miłości pod sercem, czy też, bedąc przerażeniem dla innych, sam szalałeś z rozpaczy. A jeżeli tak, jeżeli żyłeś w rozpaczy, to czy wygrywałeś, czy przegrywałeś w życiu, teraz wszystko dla ciebie przegrane, wieczność do ciebie się nie przyzna, nie znała cię nigdy, albo, co jeszcze straszliwsze, pozna cię, jak ty sam znasz siebie, i uwięzi na zawsze w samym tobie i w twojej rozpaczy.
(...)
szczęście nie jest określonością ducha i głęboko, głęboko w środku, w najgłębszym środku szczęścia mieszka również lęk, który jest rozpaczą;
(...)
tyle się mówi o zmarnowanych życiach - a przecież tylko życie takiego człowieka można uważać za zmarnowane, który przeżył je całe złudzony radością czy też troską życia i nigdy nie poczuł się wiecznym duchem, osobowością, nigdy - co zresztą znaczy to samo - nie zauważył, nie zgłębił i nie zrozumiał tego, że w to wmieszany jest Bóg i że on, on sam, jego jaźń stoi wobec Boga, którego nieskończonej wygranej niepodobna osiągnąć inaczej jak przez rozpacz.
(...)
gdy gwar świata ucichnie, a nieustanny i bezpłodny wir próżnych zajęć przeminie, gdy wszystko się uspokoi wokół ciebie - jak w wieczności - czymkolwiek byłeś, mężczyzną czy kobietą, bogaczem czy żebrakiem, człowiekiem zależnym czy niezależnym, szczęśliwym czy nieszczęśliwym, czy udziałem twym był blask korony na szczytach, czy też niepozorne istnienie w trudzie i znoju, czy imię twe będą wspominać, dopóki świat istnieje, czy też jesteś bezimienny w tłumie niezliczonym, czy wspaniałość, która cię otacza, przeszła wszelkie ludzkie słowo, czy też potępił cię najsurowszy i hańbiący sąd ludzki - wieczność pyta każdego osobno z tych milionów i milionów ludzi, pyta o jedno tylko: czyś żył w rozpaczy, czy bez rozpaczy, czy w rozpaczy, o której nic nie wiedziałeś, czy też ukryłeś tę chorobę w swoim wnętrzu jak męczącą tajemnicę, jak grzeszny owoc miłości pod sercem, czy też, bedąc przerażeniem dla innych, sam szalałeś z rozpaczy. A jeżeli tak, jeżeli żyłeś w rozpaczy, to czy wygrywałeś, czy przegrywałeś w życiu, teraz wszystko dla ciebie przegrane, wieczność do ciebie się nie przyzna, nie znała cię nigdy, albo, co jeszcze straszliwsze, pozna cię, jak ty sam znasz siebie, i uwięzi na zawsze w samym tobie i w twojej rozpaczy.
Soren Kierkegaard
Choroba na śmierć
tłum. J. Iwaszkiewicz
Choroba na śmierć
tłum. J. Iwaszkiewicz
P.S. Od znajomego wiem, że istnieje kantata Samuela Barbera "Prayers of Kierkegaard" - może warto ściągnąć?...
niedziela, lutego 10, 2008
Słowa
Ty idioto, ty dziwko, ty złodziejko, ty pedale...
Tylko słowa, a jednak kiedy stają przed tobą trzeba się z nimi uporać. Słowa, które niszczą, które obrażąją, które wysłane są, by uderzyć. Słowa zemsty, słowa oskarżenia, słowa nienawiści - złe słowa. Nie da rady przejść obok nich obojętnie, zawsze zatrzymują, nawet tych najbardziej gruboskórnych, bo już nie chodzi o to co znaczą, ale w jakich intencjach ktoś je wypowiedział. Musisz stanąć przed nimi, musisz się zatrzymać, zaczynasz się zastanawiać nad ich sensem, nad ich nadawcą, nad sobą. Nad złem. Czujesz się oblepiony nimi jak błotem, czujesz się brudny i nie wiesz czemu. Po jakimś czasie ich ostrze się stępi, ale zostaną w tobie już na zawsze. Igły pod skórą, o których nawet nie zawsze pamiętasz. Ale one dadzą jeszcze znać o sobie. W chwilach słabości znowu ukłują. Są najczystszą postacią trucizny, są kształtem zła. Tylko dlaczego i skąd ono? Unde male?
Tylko słowa, a jednak kiedy stają przed tobą trzeba się z nimi uporać. Słowa, które niszczą, które obrażąją, które wysłane są, by uderzyć. Słowa zemsty, słowa oskarżenia, słowa nienawiści - złe słowa. Nie da rady przejść obok nich obojętnie, zawsze zatrzymują, nawet tych najbardziej gruboskórnych, bo już nie chodzi o to co znaczą, ale w jakich intencjach ktoś je wypowiedział. Musisz stanąć przed nimi, musisz się zatrzymać, zaczynasz się zastanawiać nad ich sensem, nad ich nadawcą, nad sobą. Nad złem. Czujesz się oblepiony nimi jak błotem, czujesz się brudny i nie wiesz czemu. Po jakimś czasie ich ostrze się stępi, ale zostaną w tobie już na zawsze. Igły pod skórą, o których nawet nie zawsze pamiętasz. Ale one dadzą jeszcze znać o sobie. W chwilach słabości znowu ukłują. Są najczystszą postacią trucizny, są kształtem zła. Tylko dlaczego i skąd ono? Unde male?
czwartek, lutego 07, 2008
Nad Niemnem
Kto pamięta ten film...? Kto pamięta piękne piersi Justyny Orzelskiej..? Kto pamięta rzekę i mogiły...? Globus pani Emilii...? Ten tego ten..
Dzisiaj wspominam.
Rozbieranie Justyny - Czesław Miłosz
Wypaliły się dawno świece, Justyno.
Inni ludzie chodzą po twych nadniemeńskich ścieżkach.
A ja wstępuję w związek z tobą prawie miłosny,
Dotykając twego ciężkiego czarnego warkocza,
Który właśnie rozpuszczasz, ważąc w dłoni
Twoje obfite, na pewno, piersi, patrząc w lustrze
Na twoje szare oczy i bardzo czerwone wargi.
Jesteś duża i silna, szerokie plecy.
Dwudziestoczteroletnia, nie lubisz, kiedy mówią
Do ciebie: panienko. Sny masz wyraziste.
Nie musisz się mnie wstydzić, jestem z tej epoki,
Która będzie nazywana bezwstydną. Pani Orzeszkowa
zatrzymywała pióro. Romans twój z kuzynem
Zostawiony domysłom, krwi płynienie,
Plamy na prześcieradle, przemilczane.
Choć dla mnie twa cielesność jest ważna
Jest ważna, masz pojawić się zupełna,
Żeby twoja duma, gniewna prawość,
Jaśniały, zadziwiając: skąd się biorą?
Jakie dialogi toczy ciało z duszą?
W twoim kraju dobro i zło mierzono Mogiłą.
Kto dochowa wierności, kto nie dochowa.
(...)
Nie da się tej powieści streścić cudzoziemcom.
Dla nich jesteś jedynie dziewoją
Równość stanową głosząca u Georges Sand
I oto starość Justyno, gotowy
Rozdział, Pani Eliza już go nie napisze.
Urodziłaś syna i córki. Dorosły wnuki.
Opierasz ręce na sękatym kiju, matka rodu.
(...)
Słyszysz krzyki żołnierzy, lament kobiet.
I wiesz, przeczuwasz, jak wygląda koniec
Jednej ziemskiej ojczyzny. Już nigdy echo
Pieśni Niemnie śpiewanej, lotów jaskółek.
Nigdy owocobrania w zaściankowych sadach.
Zatrzaskują się jedne po drugich sztaby wagonów.
Uwożą ciebie dawnym szlakiem w kraj mordu i mroku.
(...)
Eliza Orzeszkowa:
"Ciężką nudą przejmował ją co rano myśl o dniu, który rozciągał się przed nią pustym, bezcelowym szlakiem; z ciężką nudą co wieczór kładła się do spoczynku. Czuła w sobie często bunt młodości(..) Pragnęła iść, biec, komuś w czymś pomagać, na celu coś mieć, ku czemuś zmierzać (...) Była ubogą krewną, panną mogącą jeszcze wyjść za mąż i czymże więcej być mogła?"
Dzisiaj wspominam.
-"Tereniu, daj mi trochę wody i proszek bromowy, bo czuję nadchodzący globus"
Rozbieranie Justyny - Czesław Miłosz
Wypaliły się dawno świece, Justyno.
Inni ludzie chodzą po twych nadniemeńskich ścieżkach.
A ja wstępuję w związek z tobą prawie miłosny,
Dotykając twego ciężkiego czarnego warkocza,
Który właśnie rozpuszczasz, ważąc w dłoni
Twoje obfite, na pewno, piersi, patrząc w lustrze
Na twoje szare oczy i bardzo czerwone wargi.
Jesteś duża i silna, szerokie plecy.
Dwudziestoczteroletnia, nie lubisz, kiedy mówią
Do ciebie: panienko. Sny masz wyraziste.
Nie musisz się mnie wstydzić, jestem z tej epoki,
Która będzie nazywana bezwstydną. Pani Orzeszkowa
zatrzymywała pióro. Romans twój z kuzynem
Zostawiony domysłom, krwi płynienie,
Plamy na prześcieradle, przemilczane.
Choć dla mnie twa cielesność jest ważna
Jest ważna, masz pojawić się zupełna,
Żeby twoja duma, gniewna prawość,
Jaśniały, zadziwiając: skąd się biorą?
Jakie dialogi toczy ciało z duszą?
W twoim kraju dobro i zło mierzono Mogiłą.
Kto dochowa wierności, kto nie dochowa.
(...)
Nie da się tej powieści streścić cudzoziemcom.
Dla nich jesteś jedynie dziewoją
Równość stanową głosząca u Georges Sand
I oto starość Justyno, gotowy
Rozdział, Pani Eliza już go nie napisze.
Urodziłaś syna i córki. Dorosły wnuki.
Opierasz ręce na sękatym kiju, matka rodu.
(...)
Słyszysz krzyki żołnierzy, lament kobiet.
I wiesz, przeczuwasz, jak wygląda koniec
Jednej ziemskiej ojczyzny. Już nigdy echo
Pieśni Niemnie śpiewanej, lotów jaskółek.
Nigdy owocobrania w zaściankowych sadach.
Zatrzaskują się jedne po drugich sztaby wagonów.
Uwożą ciebie dawnym szlakiem w kraj mordu i mroku.
(...)
Eliza Orzeszkowa:
"Ciężką nudą przejmował ją co rano myśl o dniu, który rozciągał się przed nią pustym, bezcelowym szlakiem; z ciężką nudą co wieczór kładła się do spoczynku. Czuła w sobie często bunt młodości(..) Pragnęła iść, biec, komuś w czymś pomagać, na celu coś mieć, ku czemuś zmierzać (...) Była ubogą krewną, panną mogącą jeszcze wyjść za mąż i czymże więcej być mogła?"
Dzień
Deszcz, sygnał karetki, kawa, choroba, nadanie paczki, obiad, złamanie ręki, tysięczny odcinek serialu, kawa ze starym ciastkiem, łóżko, herbata, artykuł w gazecie, telefon, "Przypadek", papieros, woda w wannie, sen. Strach.
P.S. W radiu prognoza na jutro: deszcz.
P.S. W radiu prognoza na jutro: deszcz.
środa, lutego 06, 2008
Rozmowy z Bogiem
- Głodna jestem - poskarżyłam się
- Nic nie będziesz jadła - prychnął Bóg wodą w kranie - I dość tego mazgania się - powiedział Bóg gasząc światło.
- Ciężko mi tu - poskarżyłam się.
Bóg się nie odezwał.
- Nic nie będziesz jadła - prychnął Bóg wodą w kranie - I dość tego mazgania się - powiedział Bóg gasząc światło.
- Ciężko mi tu - poskarżyłam się.
Bóg się nie odezwał.
Chodzą i palą
nie ma wierszy w grudniu
nikt nie życzy
chcę nie przespać
nie robię porządków
zasypiam w stłoczonej pościeli
budzę się pod cieżką chmurą
nie chodzę nie palę
mnie pali
rozmawiają za ścianą
która godzina
tu nie ma ściennych zegarów
patrz
trzy ulice dalej
jest stół nad nim ciężki abażur lampy
chodzą i palą
nikt nie życzy
chcę nie przespać
nie robię porządków
zasypiam w stłoczonej pościeli
budzę się pod cieżką chmurą
nie chodzę nie palę
mnie pali
rozmawiają za ścianą
która godzina
tu nie ma ściennych zegarów
patrz
trzy ulice dalej
jest stół nad nim ciężki abażur lampy
chodzą i palą
Przypowieść o błędnych rycerzach
- Co noc i w tych samych miejscach i ciągle z tymi samymi ludźmi. Z innymi rycerzami. Walki. Nie na rapiery i szable, ale na emocje i wytrzymałość. Kto może tak dłużej i mocniej. Tu narodziły się legendy, mity o najdzielniejszych - poległych...
Najważniejsza jest cześć, wspomnienia i honorowy toast najgorszą wódką. Później walka do świtu z wszystkimi potworami świata. Lecz rano już się nic nie pamięta, pozostaje tylko gorzki smak piołunu i dygot rąk. I znów całodzienna regeneracja sił do kolejnej wieczornej bitwy. O wszystko...
Najważniejsza jest cześć, wspomnienia i honorowy toast najgorszą wódką. Później walka do świtu z wszystkimi potworami świata. Lecz rano już się nic nie pamięta, pozostaje tylko gorzki smak piołunu i dygot rąk. I znów całodzienna regeneracja sił do kolejnej wieczornej bitwy. O wszystko...
wtorek, lutego 05, 2008
"Natężenie świadomości"
Późny wieczór. Okno. Podglądam przez lornetkę młodą parę jedzącą kolację w kuchni. On nachyla się nad stołem, ona co chwilę wstaje, znika z pola widzenia, przynosi coś, znowu znika, siada. On wygląda przez okno, patrzy w moją stronę, ale nie widzi mnie. Pewnie patrzy na pusty rynek, na uliczną latarnię. Nikt o tej porze już nie przechodzi pod oknami, jest pusto. Odwraca się do niej. Zastygają nad stołem, trwa to dłuższy czas. Nagle on się podnosi i znika. Widzę, jak zapala się światło na klatce schodowej. Schodzi szybko. Znika. Ona dalej siedzi przy stole. Obraz bez dźwięków. Cisza.
Teraz powinno być jak w teatrze. Światło gaśnie, kurtyna.
Teraz powinno być jak w teatrze. Światło gaśnie, kurtyna.
poniedziałek, lutego 04, 2008
świadomie
nie przyznaję się, unikam, wymyślam
boję się, uciekam, patrzę jak gniję
nie śmieszy mnie
wbijam w siebie palec i udaję, że jest dobrze
jutro odsyłam priorytetem swoje paznokcie
codziennie po kawałku będę siebie odsyłać
boję się, uciekam, patrzę jak gniję
nie śmieszy mnie
wbijam w siebie palec i udaję, że jest dobrze
jutro odsyłam priorytetem swoje paznokcie
codziennie po kawałku będę siebie odsyłać
niedziela, lutego 03, 2008
Zima
Kiedy zapada ciemność – przygaszam się, chodzę ciszej po domu, choć to dopiero piąta po południu, ale każdy głośniejszy dźwięk jest jak wrzask w nocy. Niepokojący. Więc nic nie robię, energia mnie roznosi, włączam TV gdzie wydaje mi się, że jest jakieś życie, i że to życie jest takie łatwe. Większość scen odbywa się w pięknym słońcu, w serialach zawsze jest dzień – taki dzień niekończący się, w którym człowiek potrafi załatwić mnóstwo spraw, spotkać się ze znajomymi, ugotować pyszne jedzenie, pójść do teatru, kina, na basen, wyjść na imprezę, przeczytać w całości książkę i następnego dnia obudzić się o 6 rano w pokoju pełnym słońca. Uwielbiam seriale.
Dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, czytanie siebie sprzed lat, dupa, dupa, dupa, dupa, list od Jacka, na który nie odpowiadam, dupa, dupa, dupa, dupa, pies sprzedany kretynowi, dupa, dupa, dupa, przyjaciel sprzedany za 100 złotych, dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, audycja w radiu o wielkich reżyserach teatralnych, dupa, dupa, dupa, dupa, uzależnienie od alkoholu, dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, nadgorliwi rodzice, dupa, dupa, dupa, dupa, dupa, jestem dupa.
Tren Fortynbrasa
Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna
z mężczyzną
chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka
to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach
Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu
i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda
są tak samo bezbronne jak przedtem To jest właśnie koniec
Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa
i nogi rycerza w miękkich pantoflach
Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem
jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam
Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk
kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie werbel
werbel wiem nic pięknego
to będą moje manewry przed objęciem władzy
trzeba wziąć miasto za gardło i potrząsnąć nim trochę
Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia
wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką
żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery
łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś
nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś
Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało
i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie
wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych
lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania
z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle
z widokiem na mrowisko i tarczę zegara
Żegnaj książę czeka mnie jeszcze projekt kanalizacji
i dekret w sprawie prostytutek i żebraków
muszę także obmyślić lepszy system więzień
gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem
Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii
Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach
a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę
To wszystko jest kwestią znalezienia sensu, praca za pół darmo, w kasie supersamu, wlepianie mandatów, sprzedawanie podróbek jeansów, wszystko dlatego, że znalazł się cel, czemu to się robi, czemu się trzeba trzymać kurczowo życia, bo ono wcale nie jest proste, ono jest kurewsko skomplikowane, ciągle trzeba walczyć, by móc się utrzymać, dlatego ludzie chwalą sobie swój własny kąt, swoje meble, za które płacili pół życia, dlatego tyle jedzą, bo to jest nagroda, to jest ten wyrwany życiu kawałek spokoju. To jest kolejne małe zwycięstwo nad życiem, które jest jak drapieżnik, bezlitosne, wciąż głodne i niezaspokojone, pragnące naszej krwi i cierpienia.
Więc czemu nie oddać mu tego, co chce, czemu nie oddać mu siebie, czemu nie zasnąć wiecznie, czemu nie umrzeć? Bo znalazło się sens, dziecko, miłość, realizację swoich marzeń, lub wytłumaczenie – jakiekolwiek, którego się szukało cały czas.
Czemu parszywe życie chce, byśmy jednak żyli , czemu potrzebuje nas żywych, czemu potrafi utrzymywać nas ciągle w delikatnej nadziei, że jutro, pojutrze znajdziemy sens?
Więc czemu nie oddać mu tego, co chce, czemu nie oddać mu siebie, czemu nie zasnąć wiecznie, czemu nie umrzeć? Bo znalazło się sens, dziecko, miłość, realizację swoich marzeń, lub wytłumaczenie – jakiekolwiek, którego się szukało cały czas.
Czemu parszywe życie chce, byśmy jednak żyli , czemu potrzebuje nas żywych, czemu potrafi utrzymywać nas ciągle w delikatnej nadziei, że jutro, pojutrze znajdziemy sens?
Babcia: Moja mama znała niemiecki prefekt. Dlatego wyszła na pole i zagadała do tych Niemców. Oni przecież tak naprawdę nie byli winni. Rozkaz i idź. Mama dała im jeść. Ale jak oni szli, jeden ciągnął konia, drugi na nim wisiał, a trzeci pchał konia z tyłu. Nie mieli już siły. Pewnie i tak ich zabili. Ale co tam oni winni.
F: ależ babciu, przecież oni do tej wojny doprowadzili, wyrazili zgodę na Hitlera, głosowali za nim..
Babcia: Ale co też tam gadasz, a teraz, jak każą naszym chłopcom strzelać to oni muszą i tyle. I co zrobić…
Babcia podeszła do okna i spojrzała na miasto ze swej wysokości. Spojrzała jak stary pan Bóg, który nie ma już siły walczyć z ludźmi. A co ją to już obchodzi, niech robią co chcą. Tylko czemu tak ich szkoda..?
F: ależ babciu, przecież oni do tej wojny doprowadzili, wyrazili zgodę na Hitlera, głosowali za nim..
Babcia: Ale co też tam gadasz, a teraz, jak każą naszym chłopcom strzelać to oni muszą i tyle. I co zrobić…
Babcia podeszła do okna i spojrzała na miasto ze swej wysokości. Spojrzała jak stary pan Bóg, który nie ma już siły walczyć z ludźmi. A co ją to już obchodzi, niech robią co chcą. Tylko czemu tak ich szkoda..?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)























