Woody Allen nie pomaga
"Whatever works"
ale co, jeśli nic..
Styczeń w domu,
zmagania z ciałem, zmagania z odruchami,
za oknem bezśnieżna zieleń.
I znowu Mistrz
M.Ś.
wtorek, stycznia 12, 2016
poniedziałek, stycznia 11, 2016
sobota, stycznia 09, 2016
Love under black-sky
Blackstar/David Bowie/....
How many times does an angel fall?
How many people lie instead of talking tall?
He trod on sacred ground, he cried loud into the crowd
(I’m a blackstar, I’m a blackstar, I’m not a gangstar)
I can’t answer why (I’m not a gangstar)
But I can tell you how (I’m not a film star)
We were born upside-down (I’m a star's star)
Born the wrong way ‘round (I’m not a white star)
How many times does an angel fall?
How many people lie instead of talking tall?
He trod on sacred ground, he cried loud into the crowd
(I’m a blackstar, I’m a blackstar, I’m not a gangstar)
I can’t answer why (I’m not a gangstar)
But I can tell you how (I’m not a film star)
We were born upside-down (I’m a star's star)
Born the wrong way ‘round (I’m not a white star)
piątek, stycznia 08, 2016
Zmierzch królowej, czyli jeden dzień z grudnia w hrabstwie Kent
Tego dnia dałam się ponieść wizji, że powinnam to opisać. Więc postawiłam fotel przy oknie, przy fotelu mały stolik, na nim laptop i przez cały dzień patrzyłam na ten zbiór przedmiotów, jak na martwą naturę.
Potem zrobiłam zdjęcie lampy wiszącej i pomyślałam, że może jednak napisze o tym królestwie, w którym mieszkam. O królowej, którą się opiekuję. O zapadaniu się domu w wilgoć i pajęczy kurz. Więc zaczęłam układać słowa, pętlić mozolnie zdania, ale ciągle wszystko było zupełnie nie na swoim miejscu, nazywało czarne fioletowym, zestawione razem brzmiało jak instrukcja obsługi czegokolwiek.
Zostawiłam więc tę niezdarną opowieść komuś innemu, bo przecież prędzej czy później ktoś napisze to właśnie tak, jakbym chciała napisać .
A mi ostatecznie znowu zostało tylko patrzenie.
Jutro moje urodziny. Za rok skończę 40, niedługo moja samotna starość stanie się jasna, jak szpitalne lampy. Na jednym ze zdjęć zobaczyłam swoją twarz na tle wielkiego posągu buddy. Nie była to nawet stara twarz, ale raczej pośmiertna. Zbyt jasna, zbyt gładka, zbyt woskowa.
Zapadam się razem z królestwem trzymając królową za rękę.
czwartek, stycznia 07, 2016
Obliczenia godziny
1,
Tysiąc myśli w styczniu (chciałam już napisać "w Januarym")
Tysiąc gwiazd jaśniejszych od samolotów, niemal jasne niebo bez księżyca.
Usiadłam i zaczęłam pisać. Jakie to niesamowite. A tak naprawdę usiadłam i zniknęłam z tego świata. Albo raczej jestem, choć w innym wymiarze.
..7,
Dopiero dzisiaj zauważyłam, że śpię z komórką. Śpię z telefonem. I to chyba od dawna. I chyba wielu ludzi tak śpi.
Kiedyś spało się z zegarkiem. Czasem z książką.
..23,
Odchodzenie od czytania poezji nie jest wcale przejawem gruboskórności czy uproszczenia. To raczej ludzie w końcu już wszystko wiedzą. Widzą tak, jak jest. Nawet śmierć nie jest już tajemnicą, a starość została nazwaną nieuleczalną chorobą. Puzzle są już ułożone.
..69,
Z mojego okna widzę wielką, przemysłową oborę. Wygląda jak obóz koncentracyjny. Całą noc świeci się w niej jaskrawe światło, a krowy są bez przerwy karmione. Widziałam kilka tych krów. Nieproporcjonalnie wydłużone i wielkie. Po dwunastej w nocy, codziennie, podjeżdża wielki tir po mleko.
Ludzie w tym kraju piją mleko jakby byli uzależnieni. I tak jak kiedyś wypadało się do sklepu po fajki, tak teraz widzę jak wpadają po mleko, tylko mleko i od razu dwie butelki.
A te krowy coraz bardziej się wydłużają.
To, że nie pracuję w takiej oborze, nie znaczy nic. Wcale przez to moje życie nie jest lepsze. Bo nawet jeśli czuję, że mam dobrą pracę, to właśnie za oknem stoi obora. Ktoś obok przeżywa takie małe piekło. I ktoś pracuje nad tym, aby to piekło trwało.
…583,
A jednak noszę w sobie jakąś granicę. Wybieram, kiedy chcę pisać do bloga, a kiedy do zeszytu. Zeszyt jest terapeutyczny. Zeszyt jest plotkarski. Zeszyt to ja. Komputer to ktoś. Czyli jednak znowu coś dzielę. Czegoś się wstydzę.
Jest granica otwartości.
…747,
Przypomniała mi się rozmowa przy kolacji w Walii, w wiejskim domu. Rozmowa przy jedzeniu płynęła spokojnie, rozciągała słowa, przyjemna jak chłodny strumień latem. Opowiadałyśmy sobie o krajach, z których pochodzimy. W trakcie rozmowy spytałam starszą kobietę z Południowej Afryki - "a gwałty? słyszałam, że to często się zdarza". - "O tak, gwałty - odpowiedziała spokojnie krojąc na talerzu kawałek ziemniaka. - Ja sama nawet byłam zgwałcona".
Nic nie wiem o świecie.
…1000.
Tysiąc myśli przy słuchaniu jojkania Norwegów. Godzina patrzenia przez okno.
….26665787668787554…
Dawny znajomy ciągle mi powtarzał - pisanie jest jak praca, siadasz przy stole o określonej godzinie i odchodzisz od niego o określonej godzinie. Bez względu na to, co napiszesz. Regularność - powtarzał. Ale nie wiem…
Życie bez wnętrza
Wyglądam przez okno, przede mną spokojny widok, ale w środku.. Nie wiem, jakiś dziwny czas. Zaczęła się znowu pogoń za pragnieniami. Pojawiły się pieniądze na koncie, więc od razu myślę, na co je wydać. I znowu chcę kupować książki. Jakby to była jakaś obrona. Jakiś bunt. W końcu wydawało mi się, że zrozumiałam, że to kupowanie książek to tylko neurotyczna reakcja na niepowodzenia, na stres, na nieswojość. Niektórzy odkładają pieniądze na gorsze czasy, a ja kupuję książki, jakby miały być moją polisą ubezpieczeniową na trudne stare lata. Ale to przecież tylko taka nieszczęśliwa zabawa.
W domu rodziców czeka na mnie mój życiowy dorobek, dwie ściany książek, których nigdy nie przeczytałam. I pewnie kiedy znowu tam pojadę, popatrzę na nie z żalem, że nie znalazłam dla nich własnego miejsca, że podrzucam je znajomym, zostawiam w różnych miejscach i tak naprawdę nie chcę już ich więcej.
A jednak czasem - w swej podróży po kolejnym wynajmowanym chwilowym mieszkaniu, marzę o nich. Marzę o czasie, który mogłabym im poświęcić, marzę o własnej bibliotece, którą chciałabym im dać. I przy pierwszej lepszej okazji znowu kupuję kilka książek.
Stworzyłam dom, który nie ma ścian, podłogi i dachu, ale ma za to mahoniowy stół i mosiężną lampę. Ma wnętrze, do którego nie prowadzą żadne drzwi.
W domu rodziców czeka na mnie mój życiowy dorobek, dwie ściany książek, których nigdy nie przeczytałam. I pewnie kiedy znowu tam pojadę, popatrzę na nie z żalem, że nie znalazłam dla nich własnego miejsca, że podrzucam je znajomym, zostawiam w różnych miejscach i tak naprawdę nie chcę już ich więcej.
A jednak czasem - w swej podróży po kolejnym wynajmowanym chwilowym mieszkaniu, marzę o nich. Marzę o czasie, który mogłabym im poświęcić, marzę o własnej bibliotece, którą chciałabym im dać. I przy pierwszej lepszej okazji znowu kupuję kilka książek.
Stworzyłam dom, który nie ma ścian, podłogi i dachu, ale ma za to mahoniowy stół i mosiężną lampę. Ma wnętrze, do którego nie prowadzą żadne drzwi.
środa, stycznia 06, 2016
Subskrybuj:
Posty (Atom)





