czwartek, czerwca 14, 2012

nikotynowy głód

Zupełnie zmęczony dzień, myśli w poszukiwaniu, brak inspiracji, nic już nie przyjmuję. "Kto wie, czy życie to nie śmierć, a śmierć, czy nie jest życiem" - Eurypides. Tak cytuję, bo to jedyna myśl, która być może do mnie dotarła dzisiaj....

środa, czerwca 13, 2012

pobudka wysoka

Zdarzają się takie fajne poranki, kiedy jeszcze w półśnie słyszę, jak za oknem deszcz się rozpanoszył, już półświadomie wiem, że nie muszę się zrywać, więc pozwalam sobie na budzenie, długie budzenie bez zamiaru wychodzenia z domu, bo nawet pogoda jest do dupy. W natchnieniu rzucania palenia i od dziś zdrowego trybu życia (po raz nie wiem już który) - szukam tylko pozytywnych inspiracji na resztę dnia. To jedna z nich:

MY world

W DRODZE DO LHASY

codzienne zdziwienia

Ten świat jest mega ciekawy i tyle się w nim dzieje, że moja mała główka nie ma już siły na przyjmowanie kolejnych dni, minut i sekund płynącej przede mną rzeczywistości... Och, tyle się dzieje...

wtorek, czerwca 12, 2012

Marzenia się spełniają - nawet te, które przypominają lot na księżyc

Warszawa, Polska (WAW)14 sierpień 2012 ******************** Delhi, Indie (DEL) 11 wrzesień 2012

powroty do świtu

Nie wiem, czy powrót do pisania, jazzu i wina jest dobrym obrotem sprawy mojego życia? Jakbym ciągle dochodziła do jakiegoś muru, przed którym nie zostaje mi znowu nic innego, jak tylko wrócić do klawiatury, postawić przed sobą butelkę wina i włączyć radio z nastrojowym jazzem…Punkt krytyczny mnie samej. Święta Trójca mojego zbawienia – odkąd zasmakowałam w jazzie, winie i bezmyślnym pisaniu. Ale czuję, że tylko to może mnie uratować. Tylko to. Przemyślałam to już dawno, kiedy włóczyłam się z pijanym pianistą, karmiłam i pożyczałam na fajki innym pijakom, którzy zagościli u mnie w domu – nie moim domu, wynajmowanym za psie pieniądze. Przemyślałam to jednej nocy, gdy dopadł mnie potworny strach, że też tak skończę, że będę żebrała na piwo, że będę wpadać w ciemność codziennie – z buntem, strachem i bólem codziennie w tę samą ciemność wypełnioną po brzegi alkoholem. Wtedy myśl o pisaniu okazała się zbawieniem. Jeśli nie pisanie – pomyślałam wtedy – to na co żyć. Potem szukałam sobie kolejnych powodów do życia, czasem się udawało i zapominałam o pisaniu. Ale za każdym razem, kiedy powody okazywały się złudne, coraz mniej istotne, kiedy ich wartość nikła w oczach, znowu pojawiało się pisanie. Teraz też się pojawiło. Cały myk z tym polega na tym, że główną dziedziną pisania jestem ja sama. A to jest temat, idea, powód, dla którego mogę wciąż żyć, którym mogę się bez przerwy zajmować, który jak na razie mnie nie nudzi. Bo wystarczy mała depresja i od razu zjawia się głębia mnie samej. To ja jestem w sobie, dla siebie, nikt mi nie jest do niczego potrzebny. jestem samowystarczalna – a to jest najważniejsze, gdy na pozostałe sprawy nie mam wpływu. W swoim przypadku ciągle mam to złudzenie, że jednak mam wpływ, że wystarczy głęboka analiza moich przeżyć, że wystarczy to opisać, a od razu stanie się jasne, gdzie tkwi błąd. A czemu wciąż szukam błędu – bo życie jest nie do zniesienia w rzeczywistości. I ciągle nie mogę uwierzyć, że ono po prostu takie jest. Że jest z tym narodzinami, śmiercią – zresztą, pal licho śmierć, ale starość – STAROŚĆ – otępiała, delikatna jak porcelana, niezauważana przez nikogo forma istnienia. Wino powoli zaczyna działać, zaczynają działać wspomnienia…