sobota, maja 31, 2008

Omar Chajjam

Była kiedyś kropla wody, przepadła w morzu,
była kiedyś garstka prochu, przypadła do ziemi.
Czymże było twoje przyjście na ten świat niestały?
Przyszła mucha, pobrzęczała, nikt jej nie widzi.

Koniec maja

koniec Blichartu. Dzisiaj ostatni raz - przynajmniej wedle mojej wiedzy - spotkanie na Blichu. Nie byłam ani razu i chyba tym razem też nie pójdę. Szkoda..

piątek, maja 30, 2008

Dzisiaj

jest znowu lato - lalalalato. Rower, lato, kryspinów - lalalala. Jak tylko wyjdę z piwnicy. Czyli na święta Bożego Narodzenia, hehe. Our trip so far - czyja to płyta, bo wczoraj cały wieczór nad tym debatowaliśmy. I do niczego nie doszliśmy. Proszę nie sprawdzać w internecie! Mózgu użyć!

środa, maja 28, 2008

Koniecznie unbedingt necessarily

No bo chociaż jest jedna rzecz w krk, której nie musimy się wstydzić - a i tak kończy się to tylko ludźmi z branży na widowni. Więc powtarzam - jak co roku - koniecznie iść zobaczyć - Krakowski Festiwal Filmowy. Genialne, genialne filmy i tylko oczy się coraz szerzej otwierają - bo świat wydaje się coraz bardziej niewiarygodny.
Polecam Grażyna Torbicka - ups przepraszam - Jankiel

Inauguracja lata

Po pierwsze primo - panorama Krakowa z kopca Kraka - w pełnym słońcu, wśród opalających się półnagich kobiet i całujących sie par. Koniecznie - truskawki kupione na placu Nowym i lekko już zgniecione, soczyste i pachnące.
Po drugie primo - obiad z młodych ziemniaków posypanych ogromną ilością koperku i kefir z butelki - kupione - wiadomo gdzie. Obiad przy otwartych oknach na podwórko pełne dzieciaków grających w piłę. Obiad wśród ludzi bliskich, wspólne palenie papierosa po obiedzie, smakowanie czasu i koncertów fortepianowych.
Po trzecie primo - plan wyjazdu nad jezioro...

Czyż nie czyż - czyż nie tak? czy może właśnie tak - tak zaczynać lato.

wtorek, maja 27, 2008

A szczęście w mieście

zgubiło dowód i choć wczoraj miało samolot powrotny do Hiszpanii - zostało. Próbuje uciec innymi sposobami, ale znając szczęście - pewnie odstawią je z powrotem do KRK. No tak, szczęście chyba musi być w tym mieście. Czy ktoś już je odczuwa?

Z cyklu: ++Nie bójta się słuchać muzyki++


Polpo Motel

Znowu Warsaw...

niedziela, maja 25, 2008

Drzewko życzeń na Kazimierzu

Uwaga, uwaga


Szczęście w mieście! Winia przyjechała, przywiozła trochę słonecznej Granady.

Nie..nie dziełaj


W końcu, at least, wolny dzień! Organizuję sobie znowu - mam wrażenie, że po długich latach nieobecności - własny stół, układam książki, segreguję zapiski, zeszyty, przyglądam się w lustrze swojej twarzy - trochę zmęczona, opuchnięta, szkoda gadać..
W końcu niedziela, leniwa, bezstresowa, za oknem przekwita kasztan, dzieciaki grają w piłkę, w telewizji ludzie się modlą. Zapomniałam, że tak to właśnie wygląda. Piwniczne biuro odcina od świata, od dni tygodnia, od polityki, książek, myślenia o czymś zupełnie innym, niż zorganizowanie koncertu.
Nareszcie jeden dzień bez pracy. Bez odbierania telefonu, bez patrzenia na zegarek, bez pośpiesznego połykania obiadu. Wyciągnęłam filmy, wyłożyłam książki obok łóżka, zrobiłam pranie, zaraz się położę i będę gapić się w okno. I tak mi będzie dobrze, oj dobrze... Może znowu coś wymyślę, może znowu coś napiszę, przeczytam, zrozumiem. Ajajaj.
To ja poproszę o taki jeden dzień w tygodniu na stałe!!!
P.S. Ostrzegam przed Warszawą - tam się zdecydowanie za dużo tequilli leje.

czwartek, maja 01, 2008

Ech, ludziska

I think I`m happy :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Oto imprezka

"Któregoś wieczoru towarzystwo było w komplecie. Kniaź Bałachoński siedział w kącie z twarzą ukrytą w dłoniach, nie mając siły ani wyjść, ani przebywać dalej w tak obcym mu zbiorowisku upadłych ludzi. Młody paranoik, genialny akwaforcista Brytwan, wydając od czasu do czasu dzikie okrzyki, rysował perwersyjną w najwyższym stopniu, giętką jak trzcina pannę, w której się beznadziejnie kochał, i wpatrywał się w jej do potworności olbrzymie, purpurowe wargi, które w uśmiechu odsłaniały niebieskawe dziąsła z żółtymi korzeniami wygniłych zębów. Podobny do małej chorej małpki powieściopisarz, pijany zupełnie opowiadał treść któregoś rozdziału swojej ostatniej pracy nieprzytomnemu zupełnie Idziowi. Chudy asceta, będący karykaturą i tak już potwornego Bałachońskiego, dyskutował z otumanionym jasnowidzeniami Tymbeuszem o znaczeniu absolutnej pustki dla twórczości. W innej grupie, gdzie królowała leniwa jak jakiś przedpotopowy jaszczur blondyna o scenicznych pretensjach, deklamował francuski poemat doszczętnie zarosły włosami, starzejący się kawiarniany demon o czarnych palących oczach fanatycznego Araba. (...)
Księżniczka Keskeszydze, która przebywała w tym towarzystwie jedynie dla możności częstszego widywania Idzia, stanowiła pendant do Bałachońskiego i siedziała na uboczu, zmartwiała zupełnie z przerażenia i niesmaku. Podpity Bungo siedział na sofie obok markizy wpatrzonej gorączkowo-szklistym wzrokiem w deklamującego Beduina. Pani Marta zdawała się pojmować w tej chwili całą nieubłaganą potworność życia i pożądać do obłędu jego najmroczniejszych i najbardziej niszczących głębi.
Powstało zamięszanie. Brytwan rzucił się na poetę, wbijając mu węgiel do rysunku między zęby. Czarna panna zaniosła się histerycznym śmiechem, a leniwa blondyna zaczęła walić z całej siły w fortepian, improwizując jakąś straszliwą symfonię. Tymbeusz skoczył rozdzielać walczących, krzycząc nieprzytomnie do Brytwana:
- Tymek, ty będziesz także pisał! Właśnie dlatego, że nie masz formy."


622 upadki Bunga - S.I. Witkiewicz